Klamka ustępuje pod lekkim naciskiem rozpościerając drewniane drzwi z ponurym skrzypnięciem. Wnętrze pomieszczenia przypomina mieszkanie. Głosy dochodzące z pokojów znajdujących się w głębi wskazują na obecność domowników. Lekka konsternacja skutkuje ponownym spojrzeniem na mapę. Niebieski punkt sygnalizujący bieżącą pozycję wyznaczoną przez GPS zastygł w bezruchu. Napis na szyldzie przed wejściem również pokrywa się z zapamiętanym wzorcem. To musi być tutaj. Lipcowe popołudnie w tej części świata reprezentuje znamienne dla tego okresu warunki. Panujący upał spotęgowany miażdżąco wysoką wilgotnością sprawia, że człowiek ma wrażenie przebywania w olbrzymiej saunie. Zaledwie chwilę po wzięciu prysznica nie wiadomo, czy jest się jeszcze mokrym od wody, czy już mokrym od potu. Moje myśli krążą wokół szklanki wody. Albo najlepiej całego wiadra. Gdy mozolnie zaczynam zdejmować buty, korytarzem przesmykuje czarny kot. Przystaje na chwilę, mierząc nowych gości nieufnym spojrzeniem. Nie wiem, czy to fantasmagoria wywołana odwodnieniem organizmu, jednak przez ułamek sekundy mam wrażenie, że mruga porozumiewawczo prawym okiem. Nie mam czasu przeanalizować absurdalności tego faktu, gdyż w tym samym momencie zasłonka prowadząca do jednego z pomieszczeń uchyla się, a w progu staje niewysoka kobieta o korpulentnej budowie ciała. Wita nas serdecznym uśmiechem, lekko pochylając głowę w charakterystycznym ukłonie. Trudno określić jej wiek. Może mieć zarówno 60, jak i 100 lat. Casus długowieczności Koreanek mógłby być ciekawym tematem dla antropologów zajmujących się procesami starzenia się człowieka. Według moich pobieżnych obserwacji po osiągnięciu fizycznej dojrzałości znakomita większość z nich potrafi zachować niezmienny wygląd do 40-50 roku życia. Wtedy następuje boom, gwałtowny i brzemienny w skutkach proces menopauzy, po którym wygląd zewnętrzny zmienia się nie do poznania i w niczym nie przypomina poprzedniej postaci.

Proces starzenia się Koreanek

Bosintang?* – zagaja gospodyni.
Ye… – odpieram bez przekonania mając świadomość, że kości zostały rzucone i teraz nie ma już odwrotu.

 

Czym się różni pies od królika?
Moralne rozterki obrzydzenie przed spożyciem mięsa z psa jest w naszym kręgu kulturowym rzeczą naturalną i całkowicie zrozumiałą. Psy towarzyszyły cywilizowanemu człowiekowi od zarania dziejów. Wierne, łatwo oswajalne i proste w tresurze szybko stały idealnym kompanem w czasie polowań, zaganiania owiec na pastwiska, czy ciągnięcia sań. Swą sympatię zaskarbiły bezinteresownością, inteligencją, a przede wszystkim przywiązaniem do człowieka. Ponadto, zestawiając z bydłem ich anatomiczną budowę i zawartość tkanki tłuszczowej, irracjonalnym wydaje się pomysł ubijania ich dla pokarmu. Dlaczego więc tak się stało?
Chcąc wcielić się w rolę niejako adwokata diabła, musimy zrzucić jarzmo bieżącego kontekstu geokulturowego arbitralnie narzucającego określony światopogląd. Gdy przeniesiemy się do czasów Królestwa Korei z początku naszej ery (tak daleko sięga tradycja spożywania psiego mięsa), kwestia regularnego dostępu do pokarmu nie jest wcale taka oczywista (nie mówiąc już o możliwości jakiegokolwiek wyboru). Starożytni ludzie, przypileni doskwierającym głodem jedli to, co znaleźli wokół siebie. Trudno było zaspokoić niedobór białka. Pozyskiwano je przede wszystkim z większych zwierząt, a dostęp do większej ilości bydła był w tym okresie praktycznie wykluczony. Bogatsze gospodarstwa rolne mające w swym posiadaniu jakiekolwiek większe zwierzę wolały wykorzystać je do orania pola. Przynosiło to większy długofalowy pożytek, niż jednorazowa uczta z ogromnej i szybko psującej się ilości pokarmu. Koreańczycy w tamtych czasach nie hodowali żadnych konkretnych ras psów, te jednak od zawsze były uznawane jako zwierzęta gospodarskie, przeznaczone na ubój. W kontekście przydatności do spożycia było to dla nich takie samo mięso jak kaczka, świnia, czy dowolne inne zwierzę.
Jakkolwiek by na to jednak nie spojrzeć – to przypadek, że historyczne uwarunkowania wykształciły w świadomości ludzi europejskiego pochodzenia takie, a nie inne odczucia odnośnie rodzaju spożywanego mięsa. W Europie gospodarka od zawsze w dużym stopniu opierała się na pasterstwie, więc uznano, że lepszym zastosowaniem dla psów będzie pomoc w pilnowaniu zwierząt pasterskich. W Azji takie rozwiązanie nie miało zastosowania. Znaleziono jedynie optymalny do określonych warunków sposób wykorzystania posiadanych zasobów. Piętnowanie tego faktu nie ma najmniejszego sensu. Obserwując z boku obie cywilizacje dlaczego mielibyśmy uznawać wewnętrzne przekonania jednej z nich za nadrzędne i wiążące, skoro obie wyewoluowały w równie przypadkowy sposób?

 

Losy koreańskiego psa w XXI wieku
No dobrze – można by powiedzieć. W okresie, gdy dostęp do pożywienia był mocno ograniczony, ludzie nie mogli przebierać w tym co jedli. Dlaczego w takim razie wciąż spożywa się psy?
Obecnie jedzenie psiego mięsa to temat tabu dla większości Koreańczyków mimo, że tradycja jego spożywania sięga dwóch tysięcy lat. Reakcja napotkanych Koreańczyków wypytywanych o ten fakt jest zazwyczaj jednakowa i sprowadza się do różnych sztuczek mających na celu zyskanie czasu. Czasu, który najchętniej przeznaczyliby na założenie peleryny – niewidki, byle tylko uniknąć odpowiadania ciekawskiemu interlokutorowi. W efekcie wybałuszają oczy ze zdziwienia i cmokają z zakłopotania. Pytanie jest kłopotliwe. Posługujący się do tej pory szkolną, choć nienaganną angielszczyzną Koreańczyk doznaje nagłej amnezji, gdy marszcząc brwi kombinuje jak zręcznie wybrnąć z opresji.
Nie wiem, nigdy nie próbowałem. My nie jemy psów. – pada wreszcie odpowiedź. Istnieje spore prawdopodobieństwo, że jest zgodna z prawdą. Postępująca w ostatnich dekadach westernizacja kraju poskutkowała daleko idącymi zmianami lokalnych nawyków stojących w konflikcie z ogólnoświatowymi trendami. Zachłyśnięcie się Zachodem sprawia, że młodzi ludzie odcinają się od tradycji. Chcą żyć globalnej wiosce: ubierać identyczne adidasy co ich rówieśnicy zza oceanu, oraz jeść te same hamburgery największych, sieciowych marek. Według oficjalnych szacunków, jedynie między 5, a 30% współczesnych Koreańczyków z Południa próbowało choć raz w życiu psiego mięsa. Jakkolwiek jednak tego nie oceniać, jest to wciąż element wielowiekowej kultury. Część nieturystycznych, lokalnych restauracji nadal ma je w swoim jadłospisie, choć ubywa ich z roku na rok. Myślę, że trafną analogią w kontekście popularności spożywania psa byłoby porównanie go do czerniny w Polsce. Większość osób wie, że to zupa na bazie krwi, jednak jej amatorów jest stosunkowo niewielu.
Raz na jakiś czas uaktywniają się prospołeczne organizacje sprzeciwiające się spożywaniu psów. Jedna z ostatnich akcji ma na celu likwidację wszystkich tego typu lokali do Zimowej Olimpiady w Pjonczangu w 2018 roku. Z tego względu Koreańczycy są lekko rozdarci. Z jednej strony nie chcą szargać swojej opinii na międzynarodowej arenie. W geście solidarności, obecny prezydent Korei Południowej, Moon Jae-in zaadaptował w zeszłym miesiącu przeznaczonego na rzeź 4-letniego kundla, wysyłając tym samym mocny przekaz w sprawie swojej opinii co do handlu psim mięsem. Z drugiej strony wielu Koreańczyków nie zamierza całkowicie wypierać się swego dziedzictwa kulturowego. Psy tradycyjnie były jedzeniem ludzi ubogich. Lokalne kontrmanifestacje stają w obronie wielowiekowej tradycji, jednak przede wszystkim starają się bronić przed ostracyzmem i jednoznacznym szufladkowaniem miejscowej ludności jako dzikusów wrzucających do garnka wszystko co popadnie. W rzeczywistości psy to tylko nieznaczny wycinek na torcie wszystkich spożywanych w Korei rodzajów mięsa. Warto w tym miejscu zaznaczyć, że ubój psów jest prawnie regulowany. Według przepisów zabijanie rasowych psów jest zabronione (w Korei istnieje hodowlana rasa psów Jindo). Nie wolno również przeprowadzać ulicznych łapanek. Nie znaczy to pewnie, że taki proceder nie ma miejsca jednak jedyną legalną i akceptowalną formą dostarczania mięsa do lokali są rejestrowane farmy psów nierasowych. Problemy natury moralnej pojawiają się w momencie, gdy same farmy dokonują uboju w sposób niehumanitarny. Według folklorystycznych, ludowych wierzeń obicie zwierzęcia metalową pałką tuż przed śmiercią sprawia, że mięso nabiera smaku. Ponoć w Korei istnieje nawet powiedzenie: „zostać zbitym jak pies w dniu uboju”. Ile jest w tym prawdy, trudno powiedzieć. Bezpiecznym założeniem byłoby przyjęcie, że leży gdzieś pośrodku, jest to jednak bardziej globalny problem niehumanitarnego traktowania zwierząt w ogóle. Co rusz słyszy się w Polsce o fermach drobiu przetrzymywanego w skandalicznych warunkach, a akcja „nie kupuj trójek” trwale zakodowała się już w naszej świadomości. Nie zmienia to faktu, że jaja oznaczone cyferką 3 są wciąż najbardziej popularnym (najtańszym) wyborem wielu ludzi. Z tego powodu wydaje mi się, że używanie argumentu niehumanitarnego uśmiercania zwierząt w kontekście samych psów jest nietrafiony. Więcej, nawet w Polsce do dzisiaj spożywa się smalec z psa (jest rzecz jasna nielegalny), jednak do niedawna myślałem, że jest to domena krajów wyłącznie wschodnio-azjatyckich.
Wszystkie te problemy sprawiają, że w Korei kłopotliwy temat często zamiatany jest pod dywan, a restauracje ukrywane są przed opinią publiczną. W lokalach nie ma mowy o kolorowych zdjęciach z angielskimi podpisami w menu, a ich lokalizacje mieszczą się w bocznych uliczkach stroniąc od miejsc wystawionych na wścibskie oko turysty.

A Ty gdzie wyznaczysz swoją linię?

 

Kieliszek, tetris z daszkiem i e-o
W jaki sposób białas znajduje knajpę, o której istnieniu powinni wiedzieć jedynie wtajemniczeni? Bariera językowa dodatkowo komplikuje zadanie. Na szczęście żyjemy w XXI wieku. W czasach gdzie suma zbieranej przez tysiąclecia ludzkiej wiedzy mieści się w telefonie i dostępna jest w ciągu kilku sekund. Efektem krótkotrwałych poszukiwań są trzy dziwne znaczki:

보신탕

Bo – sin – tang. Używam wszystkich znanych mi technik skojarzeniowych, aby zapamiętać ten wzór. Pierwszy znaczek przypomina kota. Albo kieliszek. Oczyma wyobraźni widzę siebie, kluczącego z obłędem w oczach po bocznych uliczkach Pusanu, próbującego rozpoznać szukane symbole na jednym spośród tysięcy zagadkowych szyldów. Zastanawiam się jak często Koreańczycy spotykają się z widokiem zagubionego turysty, trzymającego w rękach wydrukowaną kartkę formatu A4 z absurdalnym napisem „orzeźwiająca zupa z psa”. Spoglądam na drugi symbol. Dolny i prawy znaczek przypominają trochę bloczki z Tetrisa. Nie pasuje tylko daszek, który przykrywając dolny klocek niszczy całą koncepcję. Pomimo szemranej reputacji, danie jest jedną z atrakcji turystycznych Korei. W przypadku większości osób zwycięża zwykła, podróżnicza ciekawość. Panujące poruszenie w poświęconych temu tematowi podróżniczych forach internetowych jest porównywalne do efektu wsadzenia kija w mrowisko. Opinie są skrajne. Nieliczni wychwalają potrawę pod niebiosa twierdząc, że to najlepsza rzecz jaką w życiu jedli. Inni twierdzą, że na samą myśl zbiera im się na wymioty. Opinii jest przynajmniej tyle, ile wpisów. Większość wątku zajmują bezpłodne dysputy na temat okrutnej bezduszności zwolenników jedzenia psiego mięsa, jak i wybiórczego kręgosłupa moralnego jego przeciwników. Dyskusja jest jałowa. Docieram do końca strony i postanawiam przekonać się o tym osobiście. Dochodzę do wniosku, że jeśli zwolennicy cenzurowania tradycyjnych dań wezmą górę, może być to ostatnia okazja na wyrobienie własnego zdania. Ostatni symbol sprawia mi najwięcej trudności. Literka E opiera się na okręgu podobnym do spłaszczonego o, przypominającego jajo. Na pionową kreskę po prawej stronie nie starcza mi już soju** inwencji. Bezczelnie ignorancko uznaję ją za pomijalną. Jeśli rozpoznam dwa i pół znaku w gąszczu tysięcy innych symboli to i tak uznam to za sukces. Sen z powiek spędza mi jedynie sposób odnalezienia lokalu. W internecie znajduję informacje głównie na temat opinii. Brakuje konkretów i konkretnych lokalizacji. Mam również świadomość, że większość Koreańczyków nie będzie skłonna do pomocy w tym wstydliwym dla nich temacie.
Na drugi dzień doznaję olśnienia. Wklejam dziwaczny ciąg koreańskich krzaczków do google’owej mapy i zupełnie zwyczajnie, jak bym szukał okolicznej pizzerii, otrzymuję listę lokali serwujących zupę z psa. Okazuje się, że dzielnica obfotografowana jest nawet przez samochody z Google Street View, więc po chwili upewniam się, że olbrzymi banner nad wejściem do lokalu oznacza dokładnie to, czego szukam.
*
Deszcz długo nie kazał na siebie czekać. Znajdujące się na kilku różnych wysokościach chmury wszystkich kształtów i wielkości zdają się oddawać szaleńczej gonitwie zapamiętale sunąc w jednym kierunku. Brylują w tym te zawieszone najniżej. Naocznie uświadamiam sobie skąd wzięło się określenie „drapacze chmur”. Ostatnie piętra okolicznych budynków co chwilę znikają w brudno-białej mgle, jakby nie mogąc się zdecydować co do swojej roli w tym dziwacznym spektaklu. Związana z tym ściana deszczu ma charakter stricte lokalny i trwa zaledwie kilka minut. W takich warunkach wszelkie próby prognozowania pogody kompletnie zawodzą. Aura jest totalnie nieprzewidywalna, a ciepłe fronty znad Pacyfiku potrafią w mgnieniu oka odwrócić o 180 stopni panujące warunki. To dlatego w tej porze roku ludzie noszą przeciwdeszczowe parasole nawet gdy na niebie nie ma jednej chmurki.
Na niewielkim stole znajdującym się na tarasie kameralnego lokalu sytuacja rozwija się równie dynamicznie. Gospodyni co rusz donosi kolejne miseczki z przystawkami, jakby z premedytacją budując napięcie przed nastaniem punktu kulminacyjnego. Feeria zapachów zaczyna się ze sobą mieszać i dociera do nozdrzy w niezdefiniowanej postaci specyficznego zapachu Azji, mimowolnie pobudzając ślinianki do wytężonej pracy. Dominuje ostra woń świeżo posiekanej zielonej kolendry i mięty. W kolejnych miseczkach znajduje się lekko pikantna kapusta kimchi (nieodłączny dodatek każdego koreańskiego dania), marynowane ogórki, zielone chilli, liście wodorostów, kiełki bambusa, a także bliżej nieokreślona pasta paprykowa. Gdy na stole zaczyna powoli brakować miejsca, ostatnią wolną przestrzeń wypełniają miseczka gorącego ryżu i kociołek z mocno parującym wywarem. Zupą z psa. Samo mięso starannie posiekane jest na plasterki i wyglądem nie zdradza swojego pochodzenia. Zwykło się mówić o podejrzanym mięsie niejasnego pochodzenia, że „smakuje jak kurczak”. Pies nie smakuje jak kurczak. Lekko twardawe kawałki z początku nie dają się łatwo pogryźć. Nie mają wyraźnego smaku. Nie wiem czy miejscami gumowata konsystencja świadczy o specyfice tego mięsa, czy jest jedynie błędem przygotowania w sztuce kucharskiej. Jadłem kiedyś dawno temu kozinę. To chyba najbliższe porównanie z tym, co próbowałem do tej pory. Nie bardzo wiem jak zabrać się do jedzenia. Oprócz pływających w niej kawałków mięsa, zupa jest zupełnie jałowa. Po skubnięciu odrobiny z każdego talerzyka i trzech kawałkach mięsa zastanawiam się, czy się nie poddać. Zaspokoiłem swoją ciekawość, ale uznaję, że chyba nie będzie to moje ulubione danie. Niepewność na twarzy momentalnie wyłapana jest przez gospodynię. Jak przedszkolnemu dziecku pokazuje, w jaki sposób spożywać potrawę. Ze znajdującej się w rogu stołu szkatułki kobieta nabiera obfitą łyżkę nieokreślonego proszku, po czym dodaje go do zupy. Powtarza ten proces z każdym ze znajdujących się na stole talerzyków. Po skończonej demonstracji mam przed sobą gulasz, a raczej gęstą zawiesinę wszystkich smaków świata. Wreszcie jest coś wyrazistego. Ostra papryczka miesza się z kwaśnym ogórkiem, słonymi wodorostami i lekko słodkawym bambusem nadając całości ciekawą nutę. Jest o niebo lepiej. Smakuje mi. Zwracam jedynie uwagę na jeden drobny szczegół. To nie mięso sprawia, że gulasz jest całkiem smaczny. W całym spektrum bardziej wyrazistych smaków główny bohater dania ginie gdzieś w tle będąc zupełnie niewyczuwalnym. Może jednak o to chodziło? Koreańczycy wierzą, że psina pozytywnie wpływa na potencję. A jeśli to prawda, to być może traktują ją jak lekarstwo, które z definicji nie musi być smaczne i maskują ją wszystkimi znanymi metodami. To rzecz jasna teoria spiskowa, którą należy traktować z przymrużeniem oka, jednak kto wie, czy to nie tu jest nomen omen pies pogrzebany?

 

Tak, to to co myślicie.

 

* Bosintang (nazwa dania): dosł. orzeźwiająca zupa. Najpopularniejsza w Korei Południowej forma spożywania psiny. Do miski z wywarem lądują kawałki mięsa. Razem z nią podawane jest kilkanaście talerzyków m.in. z ryżem, kapustą kimchi, papryką, kiełkami bambusa, które dosypuje się wg uznania do głównego dania. Całość, zagęszczona sproszkowanymi nasionami pachnotki zwyczajnej i obficie doprawiona miętą przybiera postać gęstego gulaszu.
** Soju. Oddając głos Wikipedii: koreański destylowany napój alkoholowy. Napój robiony jest na bazie ryżu, ziemniaków, pszenicy, jęczmienia zwyczajnego, batatów lub tapioki. Soju zawiera od 20 do 45% alkoholu. Napój bezbarwny w smaku podobny do wódki, ale trochę słodszy z powodu cukrów dodawanych w procesie produkcyjnym.