Wysłużony tuk-tuk dzielnie pokonuje kolejne przecznice zatłoczonego centrum Bangkoku. Dziki jazgot orientalnej muzyki wydobywającej się z głośników pojazdu zdaje się być idealnym podkładem do zmieniających się jak w kalejdoskopie egzotycznych widoków. Wywołane pędem pojazdu rześkie powietrze smaga po twarzy przynosząc ukojenie po całodniowej spiekocie. Po zmroku, gdy temperatura staje się znośna, a bezlitosny żar promieni słonecznych przestaje doskwierać, ludzie wylegają z domów. Miasto zaczyna tętnić życiem. Chodniki pokrywają się straganami, a kucharze z okolicznych knajpek przygotowują posiłki bezpośrednio pod gołym niebem przyciągając swą obecnością wygłodniałych klientów. Jest na co popatrzeć. Rozgrzany do czerwoności żeliwny wok co rusz staje w efektownych płomieniach, a kolejne, syczące jeszcze z gorąca specjały z regularnością szwajcarskiego zegarka lądują na podstawianych na bieżąco tackach. Niektórzy rozkładają koce na trawniku lub nawet bezpośrednio na płytach chodnikowych rozpoczynając specyficzny piknik. Na rozstawionym obok turystycznym stoliku dwie osoby przygotowują planszę do tryktraka. Momentalnie wzbudzają zainteresowanie i chwilę później towarzyszy im spontanicznie uformowana grupka kibicujących i żywo zaangażowanych w przebieg gry gapiów. Kilkuletnie dzieci puszczone samopas swobodnie biegają między straganem wypełnionym misternie zbudowaną piramidą ze świeżych kokosów, a skrajem zakorkowanej jezdni.
Doświadczony kierowca doskonale odnajduje się w gąszczu wąskich uliczek umiejętnie lawirując swym pojazdem pośród innych uczestników ruchu. Stłamszony w kąciku jego ust papieros wygląda jak przylepiony do warg aż do momentu, gdy wykorzystując chwilę postoju wąsaty Taj zaciąga się nim po raz ostatni i niedbale strzepuje niedopałek na jezdnię. Bez chwili zwłoki rusza ze świateł usiłując wysforować się na przód peletonu tocząc nierówną walkę z samochodami. Ze zdezelowanego silnika wyciskane są siódme poty, a zdeterminowany kierowca przegryza w zacięciu wargi, gdy pojazd na pierwszych kilkunastu metrach obejmuje chwilowe prowadzenie w tym wyimaginowanym wyścigu. Wreszcie z niesłabnącym animuszem wciska się między dwa pędzące samochody, dziarsko próbując dotrzymać im tempa na ostatniej prostej, by ostatecznie zatrzymać się przed niepozornym budynkiem.
– Ratchadamnoen Stadium! – wykrzykuje z dumą ogłaszając cel podróży, a pomięty 100-bahtowy banknot znika w kieszeni przepoconej koszuli (przeliczając bahty na złotówki najprościej podzielić kwotę przez dziesięć, 100 bahtów to orientacyjnie ok. 10 złotych). Przed wejściem do hali kotłuje się. O Muay thai mówi się, że to sport narodowy Tajów, ale również coś więcej. To styl życia, uczący pokory, skromności i wzajemnego szacunku dla przeciwnika. Wtem jak spod ziemi wyrasta niewysoki mężczyzna.
– Dziś dużo ludzi! Ale macie szczęście! – zagaja łamaną angielszczyzną. Widać, że żyje z turystów. Jako jeden z licznych lokalnych naganiaczy bez trudu identyfikuje i wyławia z tłumu potencjalnych obcojęzycznych klientów chcących obejrzeć galę boksu tajskiego.
– Mam dla Was świetną okazję! – kontynuuje. – Miejsca siedzące, tylko dla turystów, tuż przy ringu. Jedyne 2000 bahtów od osoby. Ostatnie bilety! – mechanicznie wyrzuca z siebie wyuczoną formułkę, a w jednej z rąk momentalnie pojawiają się dwie gotowe do wręczenia wejściówki.
– Taniej nie znajdziecie! – zachwala, dostrzegając lekką konsternację i porozumiewawczą wymianę spojrzeń. Sprzedawcy zależy na efekcie zaskoczenia i błyskawicznej realizacji transakcji. Jednym okiem omiata już kolejne fale ludzi lokalizując kolejnych o nietajskiej urodzie. Przymocowana na wysokości paska, wypchana pieniędzmi torba typu nerka świadczy o niezłej skuteczności takiej metody. Trafił jednak na opornych klientów. Chcą dostać się do tańszych sektorów zajmowanych w znakomitej większości przez tubylców.
– Tam jest słaby widok, tłok, trzeba stać przez cały czas! – wylicza bez przekonania kolejne argumenty łapiąc kolejne palce spracowanej dłoni. Gdy słyszy w odpowiedzi, że to żadna przeszkoda, bo wpływa to na atmosferę, odpuszcza machając ręką ze zrezygnowaniem. Została jedyna słuszna alternatywa – oficjalna kasa biletowa wewnątrz budynku. Jak się okazuje tu ceny również płatają figla, gdyż na widok białych twarzy rosną czterokrotnie. Gdyby wcześniej poprosić miejscowego o kupno biletów, byłaby szansa na kupno ich w regularnej cenie. Ekscytacja wzięła jednak górę i teraz nie ma już innej opcji. Czujne spojrzenie króla Tajlandii widniejącego na 1000 bahtowym awersie błyskawicznie ląduje w metalowej kasetce, w zamian którego na ladzie pojawia się niepozorny świstek.

 

Po pierwsze znajdź koordynatora
Strefa miejsc siedzących zlokalizowanych bezpośrednio przy ringu to odseparowane getto składające się wyłącznie z turystów. To stąd jest najlepszy widok na zmagania zawodników, na pokrzykującego z narożnika trenera i wszystko, co jest bezpośrednio związane z walką. Paradoksalnie jednak nie widać wszystkiego, a w szczególności tego, co dzieje się w sektorach zlokalizowanych w dalszych częściach hali. Tajowie uwielbiają hazard, więc seria szybkich pojedynków zdaje się być wymarzoną okazją, żeby postawić pieniądze na swoich faworytów. Obstawianie wyników spotkań to olbrzymi i świetnie zorganizowany biznes pochłaniający w czasie trwania imprezy setki ludzi.
Kluczową postacią w całym procederze jest osoba potocznie nazywana „Big Legs”. To zazwyczaj ktoś dobrze znany w lokalnej społeczności, cieszący się szacunkiem i budowanym przez lata zaufaniem. To on koordynuje porządek ustalania szans zawodników, przyjmuje zakłady, zbiera pieniądze i wydaje wygrane jednocześnie aktualizując kursy umownymi znakami. To przez niego przechodzi każdy zakład na wygraną któregoś z zawodników. Łatwą go rozpoznać. Stoi najczęściej tyłem do ringu, dłońmi sygnalizuje wszystkie informacje dotyczące zakładów, a przez ramię przewieszoną ma olbrzymią torbę wypchaną banknotami. Jeden koordynator to oczywiście za mało, żeby ogarnąć całą halę, dlatego każdy sektor ma swojego, zajmującego się tylko bezpośrednim otoczeniem. Działają zazwyczaj autonomicznie, dlatego niejednokrotnie zdarza się, że w tym samym momencie ogłaszane są dwa różne kursy na tę samą walkę, co bardziej operatywni gracze mogą obrócić na swoją korzyść.

 

Po drugie postaw zakład
Cała gala składa się z serii kilku bezpośrednio następujących po sobie walk, z których każda wpisuje się w bardzo symptomatyczny schemat. Pierwsza runda jest po prostu nudna. To czas, w którym następuje tak zwane „wybadanie sił” między zawodnikami, brakuje ciosów, zwarć, nie mówiąc o bardziej zaawansowanych technikach. To wtedy na walce najbardziej skupieni są koordynatorzy. Wiedzę o potencjale zawodników weryfikują przez pryzmat tego, jak prezentują się w konkretnej walce. Bazując na tych obserwacjach, wraz z gongiem oznajmiającym koniec pierwszej rundy, przedstawienie się rozpoczyna. Wzrok wszystkich zainteresowanych ogniskuje się na dłoniach najbliższego koordynatora, który zdaje się napawać tą chwilą celebrując ją jeszcze przez moment by ostatecznie pokazać pierwszy sygnał. Działa to w obie strony. Gracze mogą również sygnalizować swoje kursy, na które koordynator może się zgodzić. Rozpoczyna się festiwal pozornie nic nie znaczących gestów wzmacnianych krzykami, jednak każdy z nich ma precyzyjne znaczenie. Wykorzystując chwilę przerwy pomiędzy rundami koordynator przechadza się po sektorze zbierając pieniądze od osób, które zdecydowały się ulokować swój kapitał. System znaków ustalających szanse zawodników, komunikacji i procesu wypłacana wygranych jest całkiem zagmatwany – ponoć potrzeba około sześciu miesięcy regularnego uczestnictwa, aby płynnie interpretować wszystkie sygnały. Z drugiej strony, podstawowe reguły dotyczące ustalania kursu można opanować dość szybko. Wszystko rozpoczyna się od wyboru zawodnika, na którego chcemy stawiać. Zawodnicy zawsze występują w spodenkach o ustalonym kolorze, dlatego wyciągnięty kciuk oznacza, że jesteśmy za „niebieskim”, mały palec natomiast, że za „czerwonym”. Po wyborze zawodnika możemy przystąpić do zakładu.
3-2

Zakład 3/2, czyli 1.67 zł za każdą postawioną złotówkę

Przykładowo, dłoń skierowana wierzchem do góry z wyciągniętymi trzema palcami nad dłonią i dwoma połączonymi pod nią oznacza, że dana osoba chce postawić zakład na (ustalonego wcześniej innym sygnałem) zawodnika w proporcjach 3/2. W największym uproszczeniu oznacza to, że gdyby taki zakład doszedł do skutku to w przypadku powodzenia za każde postawione 3000 bahtów dany gracz wygrałby 2000 na czysto. Przeliczając to na europejski system wyznaczania kursów to nic innego, niż 1.67 (za każdą postawioną złotówkę wygrywamy w przybliżeniu 1.67 zł).
Taki system stwarza ogromne możliwości błyskawicznej zmiany kursu, dlatego gdy naszemu zawodnikowi nie idzie w czasie walki zbyt dobrze, a wciąż chcemy na niego postawić wystarczy obrócić dłoń. W tej chwili dwa palce są nad nią, a trzy pod, co oznacza kurs 2/3. Oczekujemy wygranej w wysokości 3000 bahtów za każde postawione 2000, co przelicza się na znacznie bardziej atrakcyjny kurs 2.5.
2-3

Zakład 2/3, czyli 2.5 zł za każdą postawioną złotówkę

 

1-4

Inny popularny zakład: 1/4, co przelicza się na kurs 5.0

 

4-1

Sytuacja odwrotna, zdecydowany faworyt: 4/1, czyli 1.25

 

Gong oznaczający start drugiej rundy zwiastuje emocje i prawdziwe szaleństwo. Ludzie zaczynają się interesować wynikiem. Stawka spotkania indywidualnie podwyższona przez większość (!) ludzi przenosi ekscytację na wyższy poziom. Rozpoczynają się krzyki mobilizujące zawodników, a każde kopnięcie wykonane przez faworyta kwitowane jest aplauzem i owacjami. Wszyscy w napięciu oczekują, aż faworyt znokautuje rywala przed czasem – oznacza to szybszy zwrot pieniędzy i możliwość inwestycji w kolejne zakłady. Co ciekawe, niektórzy gracze posługują się gestami na tyle płynnie, że potrafią zakomunikować wiele zakładów naraz, wychodząc na plus niezależnie od finalnego wyniku.

 

Po trzecie wygraj pieniądze
Proces powtarza się jeszcze kilka razy i w przypadku każdej walki wygląda bardzo podobnie. Okazuje się, że popularność Muay Thai wynika w znacznej mierze z hazardowych pobudek, a nie rzeczywistego zamiłowania do sportu. W szczerym wywiadzie z etatowym graczem głęboko przesiąkniętym w środowisko regularnych uczestników walk pada jednoznaczne stwierdzenie:
– Nie zacząłem tego oglądać z powodu miłości do Muay Thai. Kochałem tylko hazard. Chciałbym z tego żyć i móc utrzymać rodzinę, jednak wiem, że na dłuższą metę to szalenie trudne.
Prawdą jest jednak, że to biznes oparty na obstawianiu meczów kształtuje wygląd dzisiejszego tajskiego boksu, wyznacza kierunek i jest głównym stymulantem rozwoju. Dotyczy to również zawodników. Abstrahując od niesformalizowanej i korupcjogennej formuły precyzowania zakładów, na porządku dziennym są zakłady „motywacyjne”. Zawodnik dostaje część wygranej puli w przypadku, gdy wygra walkę ze swoim udziałem. Sama walka, czyli coś co powinno być magnesem schodzi na drugi plan. Wydaje się być tylko przykrywką, pretekstem do prawdziwej gry odbywającej się na trybunach. Turyści siedzący w pierwszych rzędach trzymani są pod kloszem i ściśle odseparowani od tego, co się dzieje za ich plecami. To oni w dużej mierze stanowią źródło finansowania tego typu przedsięwzięć, jednak nie mają do niego dostępu. Pozostawieni są w wyodrębnionym świecie podziwiania Muay Thai jako mistycznej sztuki walki, przekonani, że oglądają zmagania najlepszych lokalnych bokserów. I być może nawet tak jest. Nie o to tu jednak chodzi. Miejscowych interesuje wyłącznie aspekt biznesowy. Skomplikowany system gestów spotęgowany barierą językową stanowi skuteczną zaporę separującą turystów od wtajemniczonych.
Dwie ostatnie walki cieszą się znikomym zainteresowaniem. Big Legs podsumowali dzienny utarg i opuścili już halę. Zostali już tylko zawodnicy i garstka turystów.
Zainteresowanych bardziej tematem odsyłam do wyznań człowieka etatowo obstawiającego walki Muay Thai:

Zobacz bieżące promocje na loty do Bangkoku

Departure date Return date Stops Airlines Find Ticket

07.03.2020

22.03.2020

1 stop

Tickets from 1 821

07.03.2020

22.03.2020

2 stops

Tickets from 2 129